poniedziałek , 11 Grudzień 2017

Rendez Vous – Raz Dane (2017) [recenzja]

Powroty na scenę to jeden z nieodłącznych elementów muzycznego show-biznesu. Jedni wracają, by zarobić na sentymencie swoich fanów, inni z kolei realizują duchową potrzebę zamknięcia pewnego rozdziału w swoim życiu. Zapewne drugi z wymienionych powodów zmotywował Ziemowita Kosmowskiego do ponownej reaktywacji zespołu Rendez-Vous. Tym razem skuteczność przedsięwzięcia okazała się dobitna, o czym świadczy wydana w lutym 2017 r. studyjna płyta o tytule „Raz dane”.

Już sama data ukazania się nowego albumu Rendez-Vous wydaje się być bardzo symboliczna. Dzień i miesiąc premiery to rok bieżący odczytywany wspak. Jak się nie trudno domyśleć, album ukazał się 17 lutego 2017 roku. I to nie jedyna symbolika, jakiej dopatrzeć się można w nowym wydawnictwie legendarnej formacji.

Analizując dzieje łódzkiej kapeli można odnieść wrażenie, iż są one zbiorem sukcesów i ludzkich nieszczęść. Ze „złotego” składu, który wydał w 1986 r. jedną z najlepszych płyt w historii polskiego rocka, do dziś pozostał tylko lider Ziemowit Kosmowski. To z jednej strony bardzo bolesne, że już nigdy nie będzie nam dane usłyszeć pięknych solówek Andrzeja Stańczaka i perkusyjnych zagrywek Wojciecha Młoteckiego, a z drugiej cieszy fakt, że panowie pozostawili po sobie prawdziwe arcydzieło. To właśnie do niego w sposób pośredni nawiązuje moim zdaniem nazwa nowej płyty. Wielokrotnie w życiu bywa tak, że tylko raz jest nam dane coś wykonać, osiągnąć, czy uzyskać. Zespołowi Rendez-Vous przydarzyła się tylko i wyłącznie jedna okazja, by nagrać coś niepowtarzalnego, co bezdyskusyjnie pozwoliło im zasłużyć na miano muzycznej legendy.

Ziemowit Kosmowski chciał za pośrednictwem nowej płyty w sposób symboliczny oddać hołd nieżyjącym muzykom z grup Rendez-Vous i Rambo Jet. Stąd też na płycie pojawiły się pośrednie i bezpośrednie nawiązania do dokonań obu zespołów. Większość płyty wypełniają jednak kompozycje premierowe i daleko im niestety do tego, co znaleźć można na debiutanckim krążku i pierwszych singlach twórców przeboju „A na plaży… (Anna)”. „Raz dane” to 13 utworów i 48 minut dojrzałego rocka.

Okładka płyty nie jest wybitnym dziełem sztuki. Zresztą współczesne wydawnictwa muzyczne bardzo często muszą mierzyć się z tym samym „poziomem” sztuki wizualnej. Zamiast wysokiej jakości projektów graficznych otrzymujemy jedynie mniej lub bardziej podrasowane zdjęcia z nałożonymi na nie prostymi napisami. Tak jest również w przypadku okładki do płyty „Raz dane”. Przedstawia ona zaorane pole z wbitym w ziemię suchym patykiem. Dodatkowo autor fotografii Jacek Poremba (notabene bardzo doświadczony fotograf) wykonał swoje dzieło przy użyciu perspektywy jednopunktowej, gdzie linia horyzontu przecina się z widocznym na pierwszym planie obiektem. Być może okładka symbolizuje samotność, przemijanie oraz nicość, jednakże w mojej opinii jest po prostu mało wyrazista. Wypełniająca książeczkę szarość kojarzy mi się z Yanem Sharym – drugim alter ego Ziemowita.

Rendez Vous - Raz dane (okładka)
Rendez Vous – Raz dane (okładka)

 

Gdybym miał nazwać jednym słowem to, co muzycznie zaprezentowało po powrocie Rendez-Vous na nowej płycie, to użyłbym określenia „melancholia”. Tak bowiem brzmi większość kompozycji granych i śpiewanych przez Ziemowita Kosmowskiego i Agatę Wiśniewską. Nie można jednak postrzegać tego całkowicie w sposób negatywny. Współczesna twórczość lidera Rendez-Vous odzwierciedla jego aktualny stan duchowy i emocjonalny oraz wskazuje jego życiową dojrzałość i artystyczne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość. Nie znajdziemy na „Raz dane” młodzieńczej werwy, żywiołowych solówek i swoistego ciepła. Nawet głos wokalisty zatracił energię i brzmi chwilami bardzo ponuro. Między dwoma albumami legendarnej formacji powstała nie tylko ogromna przepaść czasowa, ale również i muzyczna. Nie oznacza to wcale, że „Raz dane” to album brzmiący tak, jak gdyby miał być stworzony przez innego człowieka. Trudno Ziemowitowi wyzbyć się całkowicie jego charakterystycznego stylu. To powoduje, że powiązań między starą, a nową twórczością Rendez-Vous, da się doszukać w przynajmniej części nowych kompozycji.

Zresztą sam ich autor pozwala nam na to w mniej lub bardziej oczywisty sposób. Już otwierający płytę utwór „Tej Anny już tu nie ma” wskazuje, iż jednocześnie mamy tutaj nawiązanie do najbardziej znanego przeboju Rendez-Vous, tj. „A na plaży… (Anna)”, jak i do głębokich zmian, jakie nastąpiły w życiu i świadomości Ziemowita Kosmowskiego. To także swoista próba oderwania się od nostalgii, przewijającej się również przed laty w twórczości zespołu Subway. Utwór sam w sobie jest przyjemny, rzekłbym wręcz – radiowy. Szczególnie miło słucha się melodyjnego refrenu, w którym padają nawet słowa „Gdzieś na plaży mi się marzy…”.

Ziemowit bardzo szybko zaskakuje swoich słuchaczy, śpiewając drugi na płycie utwór o tytule „Daleka droga do Darłowa” w technice przeciąganej sylabizacji. To także pierwszy numer na albumie, do którego gitarowe wstawki dorzucił Wojciech Waglewski. Nawiązania do starego Rendez-Vous można odnaleźć w brzmieniu gitar w utworze „Myśli”. Początek płyty jest zatem bardzo obiecujący.

Dalej mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby nie anglojęzyczna wersja starego utworu „Na skrzyżowaniu ulic”. Muzycznie zbytnio nie można się do niczego przyczepić, bo Ziemowit zadbał, by wszystko brzmiało tak, jak należy. Ale ten wokal… Jest dla mnie zbyt przygnębiający i zaburza pozytywną percepcję „At the cross roads”… W podobnym tempie utrzymany jest promujący wydawnictwo utwór o tytule „Jak z nut”. Ziemowit zapewnił odbiorcy przyjemny nastrój, wykorzystując ciekawe wstawki gitarowe oraz pokazał, że nie trzeba całe życie śpiewać o miłości. Kolejny radiowy utwór to „Replay”, gdzie w refrenie znowu pojawia się sylabizacja. To następna kompozycja bijąca niezwykłą harmonią i dojrzałym klimatem. Zresztą podobnie jest w kolejnym numerze na płycie pt. „Fale koją gniew”. Nienaganna czystość brzmienia i świetne zgranie instrumentów sprawiają, że możemy naprawdę poczuć się, jakbyśmy byli na otwartym morzu. Za to oberwać się w tym miejscu powinno osobie odpowiedzialnej za korektę tekstów piosenek wydrukowanych na wewnętrznych stronach książeczki dołączonej do wydawnictwa. Takiego błędu ortograficznego, jaki się znalazł przy pozycji numer 7, nie akceptuję bez żadnych wyjątków…

Rendez Vous - Raz Dane - płyta CD
Rendez Vous – Raz Dane – płyta CD

 

Ósmy numer na płycie powstał zapewne ku pamięci Jacka Januszewicza i charakteryzuje się ciekawym dodatkiem w postaci partii odgrywanej na banjo przez Yana Sharego. Nadal nie rozumiem, dlaczego Ziemowit postanowił figurować na nowej płycie Rendez-Vous pod dwoma alter ego, ale jest to właśnie jeden z elementów artyzmu, którego przeciętny człowiek nie jest w stanie pojąć. Miłośnicy dawnego brzmienia zespołu ucieszą się, gdy usłyszą pierwsze riffy kolejnego numeru o tytule „Na sen biorę żółte”. To najbardziej charakterystyczna kompozycja na albumie i do tego zawiera ciekawą warstwę liryczną. Mój personalny numer jeden z premierowego materiału Ziemowita i Agaty. Tutaj również swoje trzy grosze dorzucił Wojciech Waglewski.

Najsłabiej wypadły nowe wykonania starych przebojów. „Przez auta szybę” brzmi zbyt melancholijnie. Nawet wzbogacenie utworu solową partią Wojciecha Waglewskiego wykonaną na elektrycznym sitarze nie sprawiło, żeby na moim ciele pojawiły się dreszcze… W zasadzie gdybym miał być szczery, to wolałbym, aby na „Raz dane” nie pojawiła się żadna odświeżona wersja utworów Rendez-Vous z lat 80. Rozumiem jednak intencję Ziemowita. Chciał w ten sposób uhonorować nieżyjących muzyków za ich niepodważalny wkład w stworzenie unikalnego brzmienia zespołu.

Nieco ożywienia daje jedenasta w kolejności kompozycja o takim samym tytule, jak płyta. To zresztą drugi w kolejności (i jak na razie ostatni) kawałek z recenzowanego krążka, który doczekał się oprawy wizualnej. „Raz dane” to naprawdę udana kompozycja, wpadająca w ucho i dająca swoim przekazem sporo do myślenia.

O tym, że Ziemowit Kosmowski lubi eksperymentować z muzyką i głosem, przekonać się możemy słuchając utwór o tytule „Baye, te baye”. To spokojna piosenka, pozbawiona gitarowych zrywów, ale za to mająca niepowtarzalnie brzmiące chórki w refrenie (wykonywane przez Agatę Wiśniewską). To także jedna z dłuższych kompozycji na albumie. Płytę zamyka kolejna wersja utworu, który w latach 80. przyniósł sławę Rendez-Vous. Niestety jest ona dla mnie pozbawiona energii. Smętny wokal Ziemowita zabija całą moc przekazu, a kawałek brzmi, jakby był puszczony w zwolnionym tempie.

Mimo tych kilku niezbyt pozytywnych odczuć uważam, że druga płyta w dyskografii legendarnej formacji Ziemowita Kosmowskiego o tytule „Raz dane” jest zdecydowanie warta polecenia. Ale nie każdemu. To niezwykle dojrzały, stonowany i dobrze zgrany materiał. Pomyślnie wypada również w kwestii rozpatrywania jego walorów technicznych. Jedyne, do czego się można doczepić, to do szarości. Jest ona obecna wszędzie – w utworach, na okładce, a nawet i teledyskach. Nie pozwalajmy, by ten kolor nas dopadł w wieku dojrzałym, bo jedyne barwy, jakie nam pozostaną, to kolorowe tabletki zażywane na sen i przeżycie.

Dziękuję Ziemowitowi za to, że Rendez-Vous mogło powrócić i odejść w chwale.

Paweł Ruczko
Szczecin, 17.11.2017 r.

Sprawdź również

ETA – Nigdy (2017) [recenzja]

Dobrego rocka nigdy za wiele! Być może taka maksyma przyświeca młodym muzykom ze Szczecina, kryjącym …

Dni Gryfina 2017: Róże Europy, Kobranocka i Sztywny Pal Azji [relacja]

Tegoroczna majówka upłynęła pod znakiem deszczowej i chłodnej pogody. W tej niezbyt sprzyjającej aurze 2 …

„Niebo pełne bzdur” – premiera teledysku i nowej płyty zespołu KOFI!

Dobrego, polskiego rocka nigdy za wiele! Dowodzi temu formacja KOFI, dla której 17 czerwca 2016 …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *